poniedziałek, 27 sierpnia 2018

#5 Intryga Zuri

Już pod wieczór urządzono huczne przyjęcie. Zeszło się nie tylko całe lwie stado. Cała Lwia Ziemia. Małpy przygrywały na pustych skorupach żółwi, przepołowionych kokosach, a nosorożce tupały w rytm muzyki, słonie trąbiły. Cała Lwia Ziemia od tak dawna nie urządziła podobnego przyjęcia, tak dużego. Może była to rekompensata za stratę Kiary? Przynajmniej większość zapomniała o dręczących ich problemach. A może nawet rozwiążą się same?
 Między innymi takie pytanie trwały w głowie Księcia Kiongoziego. Tylko on nie mógł się odprężyć. Prawie nie znał brata, poza tym, nie chciał tronu. Ale teraz jest jeszcze jeden kandydat do tronu. 
- Nieźle. A jeszcze parę dni temu mieliśmy pogrzeb. - Zuri zajęła miejsce obok samca. Zdanie wypowiadała z jak największym spokojem, który czasem był aż niepokojący. 
- No tak. Jestem zdziwiony. - Kion wbił wzrok w lwice, które tańczyły odbijanego z byłym Królem. Po jakimś czasie zaczął szukać wzrokiem brata, któremu nawet nie zdążył spojrzeć w oczy. Znalazł go. Z Vitani. 
Zniknęli gdzieś. Już chciał za nimi iść, ale zatrzymał go Kovu. Wręcz wbił mu pazury w łopatki. 
- Nie zatrzymuj ich. W końcu doczekali się tej chwili. - Ciemny samiec w końcu po długim czasie zdobył się na wielki uśmiech. 
Książę o czymś nie wiedział? Nigdy nie myślał, aby Vitani miała partnera. Teraz okazało się, że to właśnie Kopa nim był. Jego zaginiony brat. 

***

Złota lwica zaprowadziła Kopę aż na łąkę. To miejsce, w którym obserwuje się gwiazdy. Te, w które patrzała również ona, przekonana, że jej ukochany nie żyje. A teraz wszystko wróciło. Zaskakujące, czyż nie? Nic nie mogło opisać jej szczęścia. 
  Lew nie nadążał za nią trochę. W każdym wyścigu to właśnie ona wygrywała, a teraz nawet nie dotrzymywał jej kroku. Przystanęła więc. Skoro czekała na niego lata, to może i parę sekund. Stał przy niej chwilę, i nic nie mówił. Po paru sekundach wpatrywania się w siebie, w końcu mógł ją po tylu latach przytulić. Zasłużyła sobie na taką miłość. 
- Tęskniłem. - Wyszeptał w jej ucho, które akurat miał przy nosie. 
Lwica otarła się o niego czulej. Chciała odpowiedzieć od razu, ale była pewna, że żadne słowo nie odda tego, jak czuła się bez Kopy, lwa którego kochała. 
- Ja... Ja też. - Powiedziała do niego lekko niepewnym tonem. W tamtym momencie poczuła język Kopy przy swoim uchu. Kochał ją. Nadal. - Nie wiem, jak wyrazić swoje szczęście. 
- Mi niczego nie musisz wyjaśniać. 
Lew odsunął się od lwicy. Popatrzyła na niego pytająco. Zaraz potem wypiął grzbiet w dół, i spojrzał na nią z pyskiem do ziemi. Machał ogonem jak biczem. Vitani była u niego po kilku skokach. Celowo wskoczyła na niego, aby ten się przewrócił. Dał jej się powalić, w końcu była szybsza, ale nie silniejsza. 
- Jestem silniejsza. I szybsza. - Opadła na jego wielką klatkę piersiową. 
- Tia. Zawsze byłaś. - A ja zawsze kochałem sarkazm, pomyślał. 
Położyli się obok siebie, i wbili wzrok w nocne niebo. Trzeba było podjąć jakąś rozmowę. 
- Dużo mnie ominęło? - Zażartował. 
W tym momencie Vitani wystraszyła się. Nie wiedziała jak mu przekazać o tym, że ma syna... W sumie to była jedyna nowość jaka zaszła w życiu lwicy. 
- No... Mam syna. - Wymruczała do razu. Wolała być z samcem szczera. - Lew mnie skrzywdził, i dlatego się narodził. 
Kopa patrzył się na nią chwilę, i mruknął coś. Ale nie był zły, raczej zaskoczony. 
- Zaakceptujesz go? - Spanikowała lekko. 
- Skoro to twój syn to i mój. - Przyciągnął ją do siebie. 
Tylko oni nie mieli konfliktów tej nocy.

***

Impreza skończyła się dopiero, gdy Simba przyuważył, że jego syna nie ma. Wiedział jednak, że jest z Vitani, która również nie była obecna. Ogłosił koniec przyjęcia. Wielu nie chciało kończyć, ale to na razie Simba rządził. 
 Kion patrzył na ojca, jak zaganiał zwierzęta do swoich domów. Bał się, że kiedyś do niego będzie należeć ta rola. Stresowało go to niemiłosiernie. Wszystko to powiedział dziś Zuri, po kilku łykach dość dziwnego napoju, o którym mówił mu Rafiki. Nawet nie pamiętał, jak to cudo się nazywało. Zuri widząc stan lwa, podeszła do niego. Już miała na pysku wymalowany uśmiech. 
- To kiedyś możesz być ty. - Wyszeptała mu w ucho. Podskoczył, ale na widok lwicy uspokoił się. - Możesz wszystkimi rządzić. - Szepnęła ciszej na koniec. 
- Nie pleć głupot, Zuri. Nie nadaję się na Króla. Strażnik musi pozostać strażnikiem do końca. - Wymigał się zręcznie. Natychmiast zasypały go argumenty samicy. 
- Do końca? Niedługo to Ashiki zajmie twoje miejsce. - Prychnęła. 
- Nie przeszkadza mi to. - Nadal dzielnie odpierał jej ataki. 
- Znów staniesz się nikim. - Na ostatnie słowo położyła wielki akcent. - Niechciany przez własnego ojca syn. A teraz masz drzwi otwarte przed sobą. Do tronu. Każda będzie twoja, a każdy będzie wypowiadać twoje imię.
Wiedział, że go kusiła. Ale traktował to raczej jako zachętę. Czemu nie być tym, którego wielbią wszyscy? Pamiętał jednak, co robił Taka. Nie chciał być nim. No... Ale jest dobrym lwem! Mógłby być dobrym Królem.
- Przemyślę to Uzuri. - Spojrzał się na nią, i zszedł na dół. Tamtędy szedł Kovu.
Lwica już wiedziała, że jej się udało. Wystarczy poczekać. Dopiero wtedy zostawiła Lwa w spokoju.

***

A tym czasem Kion był już na dole i widział Kovu, który najwidoczniej też coś obserwował. W oddali widać było dwójkę lwów. To byli Kopa i Vitani. Strażnik zdążył się już domyślić, że stanowili parę. Nie przyszedł gadać jednak o tym, jaka z nich urocza parka. Musiał pogadać ze szwagrem. 
- Kovu. Przyszedłem porozmawiać. - Powiedział stanowczo. Sam nie wiedział, skąd u niego taki ton. 
- Właściwie ja też chciałem. - Samiec obrócił się.
Kion był zaskoczony, przystanął w miejscu. Odchrząknął jednak po chwili. 
- Zejdźmy niżej. - Znów się odezwał, ale ton jego głosu zdecydowanie zelżał. 
I zeszli. Kilka skoków po półkach skalnych, i już byli skryci pod wielką płytą nad nimi. Tu nikt ich ani nie usłyszy, ani zobaczyć. 
- Chcę wiedzieć, co myślisz o przejęciu tronu. - Kovu nie owijał w bawełnę. - Sądzę, że póki co powinieneś zostać strażnikiem. 
Lew patrzył na niego z lekkim wyrzutem. Poczuł się, jakby ktoś uderzył go nożem. 'Póki co'? Że on się nie nadawał. Dwa słowa przeważyły o losie rozmowy. 
- Sugerujesz, że się nie nadaję? - Zamrugał dwa razy. 
- Nie. Sądzę, że nie powinieneś objąć tronu, bo jesteś strażnikiem. Ja zaś byłem partnerem Kiary. Poza tym nie wiesz kiedy Ashiki odkryje w sobie ryk przodków. Do tego czasu Lwia Ziemia potrzebuje i Króla, i Strażnika. I wiem, że w tym celu muszę znaleźć sobie nową partnerką, ale dam radę. - Tłumaczył spokojnie Kovu. 
- Jestem synem Simby. To mi się należy tron. Jesteś wyrzutkiem. - Zmarszczył brwi Kiongozi. Zaczęło go to denerwować. 
- Ale... Nie. Nie jestem wyrzutkiem. Już od dawna. Wiesz o tym. - Samiec z blizną powoli zaczynał warczeć. 
- Krew wiele o tobie mówi. Wyrzutek, który nie ma nawet błękitnej krwi. 
Wyrzutek. Wyrzutek. Wyrzutek. To właśnie to słowo dudniło w głowie Kovu, doprowadzając go do białej gorączki. Gdy ostatni raz usłyszał to słowo z jego pyska, pękła jego bariera. 
 Rzucił się na Kiona. 

***

Hej mordeczki! Stfu, rozdział pisany w jeden wieczór, i na spontanie. Ale się wyrobiłam, a to cudownie. Do tego mamy pierwszą dramę [zuri, krulowa dramy]! Akcja ciekawsza zaczyna się właśnie tutaj. 

1. Do czego Zuri może wykorzystać Kiona?
2. Czy ta walka może się skończyć śmiercią któregoś z samców?
3. Czy Kopa w pełni zaakceptuje Kesi'ego?

Kolejne trzy pytania, na które żądam odpowiedzi powiedział lord kruszwil. Do zobaczenie w następnym poście!

~Machafuko

sobota, 18 sierpnia 2018

#4 Powrót Księcia

Roho był coraz bardziej wyczerpany biegiem, ale niczego nie zaprzestał, ani też nie próbował zwalniać tempa. Z resztą jak na lwiątko miał całkiem zwinne łapy a także był wytrzymały - była to jego nagroda za brak szczupłego ciała, jakim natura obdarzyła jego brata. Na Lwiej Skale znalazł się zdyszany, a właściwie to pod nią - czekała go wspinaczka. Przesuwał łapami po skałkach, wbijał w nie pazury. Już był prawie na górze, i nagle... Upadek był taki blisko, na szczęście złapał go jego dziadek Simba. Tak, on to miał oko na Księcia, który był jego ulubieńcem. 
- Dziadku...! Na granicy jest jakiś lew! - Nie owijał w bawełnę, ale mówił tak szybko, że sam były Król nie wiele z tego zrozumiał. - Jest duży, i ...
Ciągnął dalej. Krzyki Księcia zwołały inne lwy ze stada, które przyszły zaciekawione obserwować zajście. Tak jak i Simba, nikt nie zrozumiał tego bełkotu. 
- Roho... Zwolnij. - Kovu przyszedł na miejsce. 
Syn Kovu spojrzał się w stronę ojca i umilkł. Obok niego znajdował się Ashiki z Nadrą. Nie lubił kompromitować się przed rodziną, a co dopiero przed całym stadem. 
- D... Dobrze. - Wyjąkał, i znowu siedział cicho. 
Simba rozejrzał się po stadzie. I ono siedziało cicho, gotowe wysłuchać lewka. 
- Teraz powtórz, ale wolniej. - Rzekł spokojnie Simba. 
Dobrze, musiał to poukładać sobie w głowie. Chyba najlepiej zacząć od początku, czyż nie? 
- No... Kilka godzin temu wyszedłem się przejść. Dalej niż zwykle. - Przy tych słowach wzdrygnął się. Wiedział, że Ashiki patrzy na niego zdziwiony, w końcu to on wolał długie, piesze wycieczki. - Zawędrowałem aż na granicę. - Znowu przeszedł go dreszcz. - Na granicy było drzewo. Wszedłem na nie. No i stamtąd udało mi się go zobaczyć... 
Rozległy się szmery. 'Kogo', 'Trzeba chronić lwiątka', oraz wszechobecne takim sytuacjom 'oh!' i 'ah!'. Głosy te doprowadzały Simbę do szału. Nadal nie lubił panikowania oraz komentowania bez rozeznania sytuacji. Wszyscy zapomnieli o wystraszonym Księciu, który podbiegł do łap swojego ojca który patrzył na niego zdziwiony. 
- Cisza, cisza... - Dawny Król przejechał łapą po czole. Był już stary, i ból głowy coraz bardziej mu dokuczał. 
Nikt tego nie usłyszał. Kion, który również uczestniczył w wydarzeniu podbiegł do ojca i wrzucił swoje kilka słów. 
- CISZA! - Krzyknął zdenerwowany. Wszystkie lwice zwróciły się ku niemu. Nagle poczuł się zakłopotany. - Simba chciał coś powiedzieć, prawda?
Spojrzał na ojca z politowaniem. Simba odchrząknął. 
- Potrzebuję pięciu Lwic, oraz Lwią Straż. Być może Lew nie jest sam. - Wyprostował się. 
- Idę z Tobą. - Powiedział stanowczo Kovu. - Roho, pilnuj siostry, a ty Ashiki masz się zachowywać. - Zwrócił się do synów. 
Roho już chciał powiedzieć, że chce iść z nim, ale wiedział że byłby tylko piątym Kołem u wozu dla orszaku. Stary samiec wyznaczył lwice które miały iść z nim, Kovu i Kion poszli szukać reszty członków Lwiej Straży. Samice które zostały po prostu poszły do wnętrza jaskini. Tylko Roho patrzył na odchodzącą część stada. 
- Idziesz? - Burknął Ashiki, znikając w ciemności groty wraz z Nadrą. 
- Tak. - Mruknął rudy, i poszedł w jego ślady.

***

Simba uniósł pysk w górę. Wciągnął głęboko powietrze w płuca. Może zna tego samca? W głębi siebie jednak się bał. O siebie, bo starość nie sprzyja walce. Także o Kion'a, jedyne dziecko, jakie mu zostało, a także o Kovu - jeżeli on umrze, kto zajmie się jego wnukami? Nie chciał nikomu mówić o swoim stresie. Jeszcze inni zaczęliby się bać. Poza tym - Król, nawet dawny powinien chronić swoje królestwo, oraz jego mieszkańców. Tak, za parę minut na pewno będą walczyć. Na samą myśl o tym powarkiwał cicho, zwracając na siebie uwagę innych, którzy patrzyli na niego zdziwieni. 
 W końcu zderzył się z silnym zapachem, którzy poczuli za pewne również inni. Zatrzymali się. 
- Chyba jest blisko. - Powiedział Kion. 
Na te słowa Lwia Straż stanęła na baczność. Kovu postawił się obok swojego teścia, gotów go bronić. Mimo, że minęło sporo czasu od ich waśni, ten zawsze chciał odkupić swoje winy, nawet oddając własne życie. Również lwice stanęły obok Simby, praktycznie były już przyzwyczajone do jego rozkazów, w tym przypadku pewnej walki. 
- On jest jeden, ale... Gdyby ktoś był z nim, wiecie co macie robić. - Rzucił ostro w ich stronę. - Niech ujawni się pierwszy. 
I tak czekali, aż samiec się pokaże. Zapach z każdą chwilą był coraz silniejszy, a niektórym wydawało się, że go słyszą - ale to mógł być też stres. Czego się spodziewać po obcym Lwie, który od tak wkracza na obcy teren? 
 Gdy dźwięki były na tyle wyraźne, aby wszyscy mogli je usłyszeć, Simba wysunął pazury. Kilka sekund później jego towarzysze byli gotowi do walki. 
- Ja pierwszy. - Dawny Król postawił krok do przodu, i właśnie wtedy skoczył na niego ciemno kremowy lew. 
By X-Zelfa
Straż nie mogła nic zrobić - nadawali się do większych zadań. Kovu zaryzykował. Dołączył się do bójki, aby osłonić Króla. Został mocno kopnięty w brzuch, na tyle, aby pękło mu żebro. Osunął się na ziemię. Był przytomny, ale oszołomiony atakiem. Jednak udało mu się rozdzielić niedługo trwającą bójkę. 
 Simba podniósł się. Kovu przez przypadek go uderzył, a dla niemłodego już lwa nie łatwo było ustać na łapach po tak silnym uderzeniu. Szybko jednak się otrząsnął. Spojrzał na młodego napastnika. Obnażył kły, i zaczął się do niego zbliżać, wściekły. Młodzik skulił się, oczekiwał ciosu... Ale zaraz. 
 Natychmiast oboje sobie przypomnieli. Simba - że miał syna, Kopa - że jego ojcem był sam Król. A właśnie ten Król stał przy nim... Rzucił się z pazurami na własnego ojca. Łzy stanęły mu w oczach z nadmiaru emocji. 
- Ojcze! - Zapłakał, i objął samca łapą.
Z początku Simba nie wiedział, co ma myśleć. Przecież był... Martwy. Kopa nie żył. A teraz stał przy nim, obejmował go. Jego zaginiony syn wrócił. Jeszcze parę minut potrwał szok. Wreszcie mógł go ponownie przytulić. 
- Witaj z powrotem, synu. - Objął go, i wtulił się w jego grzywę. 

***

Chyba się spóźniłam, jak sądzicie? ;-;. Miało być szybciej, po prostu na czas nie dokończyłam rozdziału. Ale nie tylko blogiem człowiek żyje. Trzeba wyjść na dwór, wyszaleć się. 

1. Jak stado zareaguje na powrót Kopy?
2. Po raz kolejny, kto obejmie tron?
3. Czy Vitani i Kopa znów będą razem?

Dobiliśmy trzech pytań, ale osiąg XD Naszła mnie wena, i cieszę się, że szybko poszło. Jeszcze szybciej będę pisać, mówiąc o Vit o Kopie... Ahh, jak ja kocham tę parę? Btw, jaka jest wasza ulubiona para/shipping z KL? Mam nadzieję na waszą aktywność, jestem ciekawa c;

~Machafuko

niedziela, 12 sierpnia 2018

#3 Utracona szansa

Słońce powoli sunęło ku horyzontowi. Mimo, że w Afryce słońce o wiele bardziej grzało i było cieplej, nie zmieniło to długości dnia. Pora deszczowa skracała dnie o minuty, godziny, za to przynosiła ulewy i powodzie, ale dla wielu zwierząt też ratunek przed śmiercią z odwodnienia, wycieńczenia albo udaru. Z takich warunków pogodowych mogli korzystać głównie roślinożercy - wszelkiego rodzaju antylopy, impale, zebry. Oraz ich wodni wrogowie, krokodyle, którzy poszerzali wtedy swoje terytoria do łowów. Taka ilość zwierząt mogła z tych warunków korzystać. 
 Ale nie Lwy. 
A przynajmniej lwiątka. Długość ich czasu spędzanego poza jaskinią [o ile wcześniej nie zaczęła się ulewa] skracała się. Starszyzny też to nie cieszyło. Mniej czasu na zabawę, więcej marudzenia. Dlatego też przymykano oczy na drobne spóźnienia, ale nie Kovu. Od straty partnerki minęły dwa tygodnie, a on wciąż nie przestawał być czujny. 
 Wszędzie widział okazję do zranienia. Ulewa? Powódź i pioruny. Skwar? Pożary. Obcy na terenie Stada? Tak, to na pewno zaplanowane morderstwo. Tego wszystkiego właśnie się bał. A na rosnących bliźniaków, nie mógł wiele poradzić. Do tego dochodziła niedawno narodzona Nadra, której zostawienie nawet z jakąś samicą mogłoby się skończyć bardzo źle.
 Tak, Kovu najchętniej wcale by ich nie wypuszczał. Zrozumiał jednak porady Nali. Oboje jego synowie potrzebowali odrobiny rozrywki, aby chociaż trochę nie myśleć o katastrofie straty ich matki. Więc samie chcąc, nie chcąc zaczął swoich synów wypuszczać. 
 Ashiki nigdy nie lubił trzymać się blisko domu. Przygoda była jego drugim imieniem, więc kiedy tylko mógł jak najbardziej oddalał się od bezpiecznej jaskini. Wydawał się nie przejmować niebezpieczeństwem świata, był zbyt beztroski. W końcu, co może się stać? Tego nie wiedział. 
 Zaś jego zupełnie niepodobny do niego brat bliźniak był nieco bardziej ostrożny i z początku nie odchodził za daleko. Wolał czuć znajomy zapach. Zdecydowanie to on był tym dojrzalszym. I o parę minut starszym. Z początku przypominał bratu, że to jemu należy się tron, bo dzieli ich kilka minut. W pewnym momencie przestał o tym myśleć, bo nie on zadecyduje o dziedzictwie. Ale gdy okazało się, że to własnie rudego samczyka wyznaczyli na przyszłego Króla, chciał za wszelką cenę stać się idealny - aby też być idealnym władcą, najlepszym jakiego miała Lwia Ziemia. 
 Chodził z obojgiem rodziców na lekcje. Uczył się szanować każdą żywą istotę, i ją szanował. Niby tak nie wiele z początku, a nie był już tym samym lewkiem co dwa miesiące wcześniej. Zachowywał się wyjątkowo dojrzale. I to właśnie pogłębiło jego dystans do brata. 
 Pewnego dnia do niego przyszedł. Był to dzień jeszcze w porze suchej, a Ashiki siedział przy wodopoju. Sam, nie z Kesi'm, jak to miał w zwyczaju. 
- Bracie. - Zwrócił się do niego, prostując. 
Złoty lwiak podskoczył, i obrócił się szybko. Natychmiast jego zdziwienie zmieniło się w naburmuszenie. Zazdrość już dawno wdzierała się do jego serca. Dawno, a tak przynajmniej myślał. 
- Aha. To ty. - Burknął, i zaczął wywijać ogonem niczym biczem. Nie raczył nawet spojrzeć na Roho. 
Zaś Roho westchnął.
- Widzę dystans między nami, braciszku. Nie mogę tego dłużej ignorować. - Wytłumaczył najspokojniej jak się dało. 
I wtedy to on się zdziwił.  Ashi skoczył na niego, i przybił go do ziemi, naciskając na klatkę piersiową. Może i był drobny, ale zaciekłości mu nie brakowało. Roho dobrze wiedział do czego był zdolny. 
- Cały czas mnie ignorujesz, a teraz wielki, idealny Książę raczył się odezwać do swojego... Nic nie wartego brata. - Jego oczy płonęły ze wściekłości. 
Jeszcze mocniej naciskał na brata, nie wiedział co robi. Nie zawsze panował nad swoim zachowaniem. Szczególnie po śmierci matki. Była najważniejsza i trzymała go przy sobie, gdy był smutny. Ze strony ojca czuł się odrzucony, wolał maleńką Nadrę za którą również nie przepadał. 
- Chcę tylko... Żebyś się ze mną pogodził! - Szarpał się Następca Tronu. 
Dopiero wtedy złoty z niego zeskoczył. Natychmiast się podniósł. Szybko przeniósł wzrok na brata. On również patrzył się na niego, ale jakby nieobecnym wzrokiem. Przez parę sekund trwała cisza. 
- Myślałem... Że nie jestem ci potrzebny. - Wyjąkał zakłopotany.
- Jesteś bardzo ważny. Nie tylko dla mnie, ale dla Lwiej Ziemi również. Za pewne nie wiele czasu pozostało, aż odkryjesz Ryk Przodków i będziesz strażnikiem jak wuj Kiongozi. Nawet gdybyś tego nie odkrył, wciąż byłbyś moim bratem, i przyjacielem. - Roho poczuł przypływ siły. Zawsze chciał załatwiać sprawy szybko, ale teraz był szczery. 
Ashiki podskoczył do niego, i objął brata swoją chudą łapą. Delikatnie też wtulił w niego swój łeb. 
- Przepraszam, to ja zawiniłem. Byłem, i jestem cholernie zazdrosny. Wybaczysz mi?
I Książę mu wybaczył. No ale nic nie trwa wiecznie. 
 Może i byli znów braćmi, i przyjaciółmi, ale zazdrość młodszego ani trochę nie zmalała. Nie okazywał tego wobec brata, ale wobec ich małej siostry, której trzeba było wiele opieki. Ledwo otworzyła oczy, nie umiała nawet chodzić. Kovu nie odstąpił ani na chwilę od niewielkiej samiczki. 
 Ale kiedy nadarzała się okazja, aby to właśnie Ashi został z siostrą, dokuczał jej. Szczypał w uszy, warczał i straszył i dopiero wyraźny płacz księżniczki przywracał ojca na stanowisko o Ashi kończył z karą. 
 Roho ciężko było to obserwować i w końcu miał dość. Miał też dość możliwości utraty tronu, jeżeli ojciec niczego nie wykombinuje i nie dokończy swej kadencji jako Króla, bowiem bez królowej był nikim. Jedynie dzięki dobroci dziadka Simby wciąż miał szansę wrócić na pozycję. Ale mógł ją stracić. A jeżeli straci ją i on, straci ją również Roho. 

***

To był ten pierwszy dzień, kiedy wybierze się tak daleko jak jego brat. Prawie do granicy. Nie ciągnęła go ciekawość. Raczej chęć odpoczynku i spokoju od rodzinnych spraw. Nie był w wieku, aby trzymały go takie nerwy.  Czasem zastanawiał się, jak to jest być lewkiem w jego wieku. Ashi i Kesi spędzali dnie na zabawie. W sumie to oni mogliby być bliźniętami. Lekkie podobieństwo fizyczne, a charakterem prawie identyczne. Byliby idealnym rodzeństwem. Ale to nie wina cioci Vitani, że taką osobowość ma jej syn. 
 Odszedł już naprawdę daleko, i zaczął się powoli czuć nieswojo. A jak nie zdąży przed nocnymi ulewami? Słońca nie było widać, chmury całkowicie je zasłoniły. Przełknął gulę w gardle. Spojrzał się na wielkie drzewo przed sobą. Tam właśnie idzie, a pioruny uderzają w najwyższe punkty, raz kozie śmierć. 
 Położył się na kamieniu pod samym drzewem, na które bał się wejść. W końcu jak piorun pierdyknie, to mogiła. Nie ma księcia. 
 Siedział, nie wiedząc co ma ze sobą zrobić. To tak wyglądają wyprawy Ashi'ego? No tak, on ma Kesi'ego. Zaś ty nie. 
 Położył łeb na łapach i zaczął gorączkowo myśleć. Nad czym? Sam nie wiedział. Czy będzie Królem. Czy jego brat się zmieni. Jak będzie dorastać Nadra bez matki? I kto w ogóle przejmie tron Lwiej Ziemi. Przez te myśli z początku nie zauważył postaci w oddali, w sumie nie daleko od granicy. Dopiero potem udało mu się dostrzec nie wielką kropkę. 
 Na początku się przestraszył. Kto to? Ale [być może] przyszłemu Królowi nie wolno panikować. On dba o Swoją Ziemię i mieszkańców, a jeśli on jest zagrożeniem? Zebrał się na odwagę. Wbijał pazurki w korę, wspinając się w swoim tempie na jedną z gałęzi. Znalazłszy się na niej, wbił wzrok już nie w punkt, a ciało potężnego lwa. Nie znał go, ani nigdy go tu nie widział. 
- Tata musi się o tym dowiedzieć! - Powiedział sam do siebie, i spadł z drzewa. 
Zabolało go chwilę, ale nie patrzył na to. Trzeba powiadomić starszych. 

***

Bonjour, mon ami! W ogóle nie wiem co mogę powiedzieć. Dziękuję, za te aż 3 komy! Niby nic, ale serduszko szybciej mi pika na wieść o tym. Aż mam ochotę wyściskać te osoby. A teraz pytanka. 

1. Kim jest ten lew?
2. Czy Ashiki zmieni się?

Znowu niewielka sumka, ale to chyba nic złego, czyż nie? Dozo, w następnym rozdziale. 

~Machafuko

czwartek, 2 sierpnia 2018

#2 Uszy wędrowca

Wodopój był miejscem pełnym zwierząt. O każdej porze, aż do zmroku. Żyrafy, słonie, a czasem i nawet hieny przychodziły tutaj aby ugasić swoje pragnienie. Dla każdego nie brakowało wody, ale nie każdemu podobało się towarzystwo.
 Żyrafa imieniem Salama zastrzygła  uszami, odstępując swoim długim językiem i pyskiem od wody. Jej wielki łeb wzniósł się niemal ponad drzewa. Zdusiła okrzyk i galopem pobiegła przed siebie, prawie potykając się o własne nogi i miażdżąc wszystkich. Każdy kto znajdował się wówczas przy brzegu spojrzał w stronę, gdzie patrzyła Salama. 
- To znowu on... - Burknął jakiś nosorożec. 
Zwierzęta odeszły wciąż spragnione. Przybysz nic sobie nie robił z zamętu wokół niego. Patrzył jak zwierzęta odchodzą, ustępując mu miejsca. Właściwie nie wiedział, czemu tak robią. Może po prostu dlatego, że dopóki się tu nie pojawił nie było żadnego lwa? Tak, on był tu jedyny w swoim gatunku. Lew jest Królem Zwierząt. 
- Naprawdę dzięki. - Rzucił w kierunku odchodzących. 
Przeciągnął się, ziewnął jakby miał połknąć słonia i wolnym krokiem ruszył w stronę wody. Zimna ciecz zalała mu kostki, łopatki, aż w końcu dosięgnęła grzbietu. Jego pysk wyrażał więcej niż tysiąc słów. Błogość. Niby na Ziemi, gdzie nie ma osobników twego gatunku nie łatwo zaznać szczęścia. A teraz docenił to, co ma. Cały wodopój dla siebie. 
 Zanurzył język w wodzie, chłepcząc płyny. Dzień był naprawdę upalny, i być może pozbawi w ten sposób kilka dusz życia. Walić. Rodzice wychowali go inaczej. Był Księciem Kopą. 
Dobrze pamiętał ten czas. Wielbili małego następcę tronu. Lekko rozbrykany lewek zdobywał coraz więcej serc swojego stada. Każdy był z niego dumny. Równie dobrze pamiętał ten dzień kiedy urodziła się Kiara. Nocami gryzła go w ogon, a on woził ją na swoim grzbiecie. Kochał swoją siostrę bardziej niż swoją pozycję. Dla niej mógł zrobić wszystko. 
Każda chwila należała do nich. Uwielbiał uczyć ją wielu nowych rzeczy. To właśnie on nauczył ją chodzić, a jej pierwszym słowem było 'Kopa'. Lwiak był wtedy z siebie bardzo dumny. Psuł mu się humor, gdy musiał opuszczać swoją siostrę ze względu na lekcje. W pewnym momencie prawie w ogóle nie widział się z siostrą. Poza lekcjami doszły spotkania z jego miłością... Vitani. Złota lwiczka chciała każdą chwilę spędzać z Księciem Lwiej Ziemi, który bardzo jej się podobał. Byli wręcz nierozłączni. Zawsze razem. Przyjaciele Kopy, np Afua czy Boga wróżyli im przyszłość. Sam Książę do pewnego momentu zaprzeczał. Ale miłość Złoziemki roztopiła jego uczucia, które właśnie na nią przelewał.
Czuł się przy niej szczęśliwy a ona przy nim. Właściwie w ich młodocianej miłości nie było błędów... Ale był jeden problem. Skłócone rodziny. Simba nienawidził kogokolwiek z rodziny Skazy. W szczególności Ziry... Więc jakim cudem inaczej miałoby być z Vitani? Przecież to ona była jej córką... A tak przynajmniej Król Lwiej Ziemi myślał. I do jakiegoś czasu Kopa. Pewnego wieczoru Vitani powiedziała mu prawdę.
- Nie wiem kto jest moim ojcem. Nie jest nim Skaza. - Powiedziała zasmuconym tonem.
- Współczuję Ci. - Odpowiedział jej, zbliżając jej pyszczek do swojego.
Od tamtego czasu byli jeszcze bardziej nierozłączni. Ale im byli bliżej, tym coraz więcej było słychać o ich romansie. Co nie ominęło rodziców owej dwójki. A skończyło się to bardzo źle.
 Nadszedł ten dzień, kiedy Zira siłą zmusiła Vitani do zostania na Złej Ziemi... Przyszła za nią, z mrocznymi planami. Gdy już była na miejscu, Kopa przeraził się.
- Gdzie Vitani? - Spytał zalękniony, i cofnął się.
- Nic jej nie będzie... Nie martw się o nią. - Przybiła lewka do ziemi.
Właśnie wtedy zaczęła się krwawa masakra. Pazury wbiły się w młodziaka, trysła krew. Kopa krzyknął przeciągle, wołając o pomoc. Był jednak za daleko, aby ktokolwiek go usłyszał. Przeżywał katusze, krwawił, znosił piekące rany i długie zęby napastniczki. Jedyne co udało mu się zrobić to odgryźć jej kawałek ucha, ale to jedynie bardziej rozwścieczyło naburmuszoną już lwicę. Był bez szans. W końcu padł. A tak przynajmniej myślała Zira. Zabrała 'martwe' ciało Księcia do swojej córki, która przeraźliwie płakała. Nic nie mogło powstrzymać rozpaczy małej lwiczki. Całe dnie wylewała łzy, skrapiając suchą i tak ziemię. Zamarło w niej życie.
 Nie raz w nocy wyobrażała sobie jak Kopa był przy niej. Nie pomagało jej to. Właściwie nie było nocy, kiedy nie wspominałaby swojej dawnej miłości. Kochała go nawet po jego śmierci.
W końcu zanikła dawna Vitani. Nie była już taka sama. Zaczęła być zła. Bardzo zła. Matka wpajała jej nauki. Uczucia okazywała jedynie bliźniakowi. I tak aż do dnia wojny.
 Lew zdawał sobie sprawę, że Vitani nawet nie pamięta kim on jest. Za pewne ma już partnera i dzieci. Jemu samemu było bardzo smutno myśląc o tym, że jego dawna miłość może należeć do kogo innego. Niestety, ale takie było prawdopodobieństwo, z którym nie potrafił się pogodzić. 

***

Siedzenie cały dzień przy wodopoju wcale nie było ciekawe. Zwłaszcza, że powoli brakowało cienia, zaś woda się nagrzała. Miał zamiar wrócić do swojej ciemnej groty, tak też zrobił. Trzeba było przejść spory dystans, ale dla chwili wytchnienia od palącego słońca, warto było. Kolejny raz mijał te same kamienie, to samo strawione płomieniami drzewo i koryto dawnej rzeki. Rzeka ta prowadziła do Lwiej Ziemi, na którą tak bardzo bał się wrócić. W końcu trafił do swojej ciasnej groty. Ułożył się w niej, wciąż z nosem przy wyjściu, gdzie zasnął. 
 Obudził go naprawdę głośny piorun, a po nim kilka huków. Po jakimś czasie nawet wielkie strugi deszczu, które powoli wlewały się w jego małą grotę. 
- Szlag. - Burknął, po czym schował się głębiej. 
Teraz nie było opcji, aby mógł zasnąć. Było za głośno, i za mokro. Pozostało mu tylko oglądanie nawałnicy, która ani trochę nie zmalała. Ale trwało to na tyle długo, że sam Kopa się zmęczył. I udało mu się odpłynąć. 
 Obudził się naprawdę późno i również tym razem z przyczyn pogodowych. Równie wielki upał jak wczoraj. Nawet trochę słońca wdarło się do jego domku. Jakby wręcz kazało mu wstać. Zawarczał parę razy i podniósł się. Pora wystawić nos na świat. 
 Widok go zaskoczył. Właściwie od wczoraj nie wiele się zmieniło. Za wyjątkiem koryta rzeki, które zamieniło się w rzekę. Gapił się w 'cudo' z minutę, dopóki nie zauważył ptactwa wodnego... Dwóch czapli. Gadały o czymś. 
- Taka młoda, i piękna... Wielka szkoda. 
Z początku Kopa nie był zbyt zainteresowany. No dobrze, ktoś umarł. Co mu do tego? Chciał odejść, dopóki nie usłyszał kolejnego zdania. 
- Do tego Królowa. 
Ułożył to w całość. Skoro on 'nie żyje' to właśnie Kiara powinna zasiąść na tronie. Zamurowało go. Kiara nie żyje? Przełknął gulę w gardle i podszedł do dwóch ptaków. Te na widok potężnego lwa chciały odlecieć. 
- Zaczekajcie! - Krzyknął, a te zatrzymały się w miejscu. - O kim mówicie. 
Czaple milczały. Jednak strach otworzył im usta. 
- O Królowej Lwiej Ziemi. Kiarze. Umarła niedawno. - Powiedziała jedna z nich, po głosie wnioskował, że samica. 
- Wdowiec po niej ma z nią trójkę dzieci. A do tego nie wiadomo kto zasiądzie na tronie. - Dodała druga, samiec. 
Kopa zamyślił się chwilę. Na początku był w szoku, po raz kolejny stracił ważną dla niego osobę. Jego mała siostrzyczka Kiara tak po prostu odeszła. Zaraz potem wieść, że jest wujkiem. A na sam koniec wiadomość, o objęciu tronu. 
 No tak. W końcu to on miał objąć tron, ale kiedy zaginął wszystko to legło w gruzach. Potrzebny jest Król. Jeżeli wróci, to on może nim zostać. Jest prawowitym następcą tronu Lwiej Ziemi. 
- Dziękuję za informację. - Obrócił się, i zaczął biec wzdłuż rzeki. 
Do domu. 

***

To był dla mnie szok. Rozdział zaczęłam pisać już o 11 rano. Nie sądziłam, że jeszcze dziś go ukończę. Także miał mówić o czym innym ale... Ostatecznie jestem dumna c;

1. Czy rodzina rozpozna Kopę?
2. Czy lew zdąży przed decyzją podjęcia tronu?

Następny rozdział myślę że za niedługo, ale muszę pomyśleć nad jego fabułą. Do zobaczenia, mordeczki :3







środa, 1 sierpnia 2018

1# Zamazany rysunek

Miałam męża i dzieci... Łaski, które tak trudno oczekiwać od czegoś tak przyziemnego jak życie.
-Między Piekłem A Niebem [1998]


Nagle wszyscy stali się sobie jakby równi. W prawdzie każdy czuł to samo. Z resztą... Co innego można czuć kiedy umiera osoba, którą się szczerze kocha? To chyba oczywiste. Mózg i emocje przyćmiewa nam ból, oraz wszystkie wspomnienia z wspomnianą wcześniej postacią wspomnienia. Jedno oddziałuje na drugie. Te wspomnienia okazują się jakby zamazane. Już nie utworzysz z nim pięknych wspomnień. Bo go po prostu nie ma. A może?
 Ktoś powiedział kiedyś, że to śmierć to nie znikanie. Śmierć to po prostu śmierć. Czeka każdego  z nas. Jakiż musiał to być pech, gdy zginęła właśnie Królowa. 
 Nieznany był powód śmierci Kiary. Zmartwiony Kion szukał jej wraz z Lwią Strażą ale ostatecznie znalazł ją Kovu, który zapłakany pobiegł do swojego szwagra. Lwica leżała w bezruchu, bez jakichkolwiek śladów ataku, poparzeń... Nie było nawet najmniejszego zadrapania. Wyglądała jakby zasnęła. Oba lwy nie szczędziły łez. Luby Kiary upadł obok niej i zaczął wyjątkowo głośno wylewać łzy. 
- Kiara, nie opuszczaj mnie... - Powtarzał co parę sekund. 
Zaś Kiongozi nie mógł niczego powiedzieć. Przecież wychowywał się z tą lwicą. Były momenty mniej lub bardziej złe. Nie był nawet zły gdy okazało się, że niedługo przez jej potomków straci Ryk Przodków. Korzystał z niego póki mógł, ale gdy zobaczył co właśnie się stało, chciał się go jak najszybciej pozbyć. Gdyby to kto inny dowodził Strażą, dowiedziałby się o tym później. 
Przełknął ślinę, i wbił pazury w ziemię, aby przestać ronić łzy, które i tak nie przywrócą siostrze życia. Zniknęła. Już jej nie ma. 
- Kovu. Kovu. - Szturchnął go parę razy w łapę, aby ten się opamiętał. Ale on nie zareagował. - Trzeba zawiadomić tatę. - Widząc rozpacz Kovu sam ledwo się powstrzymywał aby w nią nie wpaść. 
Nadal brak reakcji. Zacisnął szczękę, i sam poszedł powolnym krokiem w stronę Lwiej Skały. Nie mógł sobie wyobrazić reakcji rodziny. Będą Cię długo oczy piekły - pomyślał, i ruszył. 

Wyobrazić sobie, że to właśnie kilka dni temu się stało. Mianowicie, trzy. Niektórzy wciąż płakali. Można się domyślić, że należał do nich Kovu. Wciąż rozpaczał Roho, pierworodny Kiary. Ashiki jak jego wuj nic nie mówił. Maleńka Nadra nawet nie wiedziała o co chodzi. Nie tak dawno minęło, od kiedy nauczyła się chodzić. Już w takim wieku straciła matkę. 
 Źle trzymał się Simba, stracił drugie już dziecko. 
- Czemu... Najpierw Kopa, teraz Kiara... - Chlipał pod nosem, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. 
- Simba... Kochanie... Wszystko się ułoży. - Nala pogłaskała męża po łopatce. Sama wyglądała, jakby miała wyzionąć ducha. 
Kion patrzył na to wszystko nie mogąc pojąć tego co się właśnie dzieje. Zaraz przyjdzie Rafiki, i ostatni raz zobaczą jego siostrę.
 To wszystko działo się zbyt szybko. To jakby wczoraj uczył się biegać w towarzystwie właśnie swojej siostry, która za każdym razem pomagała mu wstać kiedy upadał. A potem pędzili dalej, i dalej... Ten bieg skończył się kilka dni temu. 
- Zebraliśmy się tu, aby pożegnać... - Wszyscy spojrzeli na szamana. ... Królową, córkę, siostrę, żonę, oraz cudowną matkę. Dla wielu przyjaciółkę, powierniczkę sekretów. 
Strażnik przeniósł wzrok na niewielką grupkę młodych lwic. Dotty, Vitani, Uzuri, i Tiifu, a w tle nawet Rani - chlipały cicho. No tak, to ich przyjaciółką była Kiara. Nie tylko przyjaciółka, ale wszystkie były rodziną. 
Mandryl uniósł owoc, rozbił go na pół. Czerwonym płynem namaścił czoło martwej królowej. Mrugnij, chociaż mrugnij. Chwilę później uniósł swój kij, i zaczął robić koliste ruchy nad ciałem Kiary. 
- Kumtunza, Mufasa. Maji kusafisha mwili wake. Hey, chukua mwili wake. Wakuu wa zamani, kukubali. 
Co mówił szaman wiedziała tylko rodzina królewska. Samego Kion'a nie licząc. Zamiast się uczyć, chronił Lwią Ziemię. Może to i lepiej. Zawiał wiatr, uginając mniejsze drzewa. Z nieba zaczął lecieć deszcz, jak tamtego dnia z oczu Kovu. Roho wtulił się w ojca. Wiatr wzmagał się... Tym wiatrem byli Władcy - zabrali ciało dawnej Królowej do Nieba. Do jej nowego domu. 
Dla młodego Lwa było to dziwne zjawisko. W końcu nigdy nie był na żadnym pogrzebie. Wszyscy zaczęli się rozchodzić. W ciągu pięciu minut nie było nikogo. Tylko on i Kovu. Patrzył na niego pytająco. Ten podszedł do niego. 
- Niedługo Rafiki zadecyduje, do kogo będzie należeć tron. - Powiedział bez emocjonalnie. 
No tak. Tron. Nagle Kiongozi spanikował. Nie chciał. Chciał być zwykłym Księciem, nawet jeśli nie Strażnikiem. Samiec już chciał zaprzeczyć. Ale decyzja jeszcze nie zapadła. Zamiast tego wbił wzrok w szwagra, który powoli odchodził w kierunku domu. 

***

No to mamy pierwszy post! Tego samego wieczoru blog, tego samego post... No nieźle, Lemi. Jakoś tak dumna się czułam, pisząc ten post. Może w końcu uda mi się wybić? Z racji, że mamy wakacje, a ja parę pomysłów, wydaje mi się, że na rozdział nie będziemy musieli długo czekać. 

1. Kto obejmie tron?
2. Czy Kovu pozbiera się po śmierci Kiary?

Pytań nie wiele... Po co nam więcej? To jeden rozdział XD Pozdrawiam was mordki. 

~Machafuko